
„Matka Joanna od Aniołów” jedno z najwybitniejszych dzieł literatury polskiej pióra Jarosława Iwaszkiewicza zainspirowane jest wydarzeniami, które miały miejsce we francuskim Loudun w XVII wieku. Niemal cały zakon urszulanek, na czele z przeoryszą Jeanne des Anges, miał zostać opętany przez diabły, co objawiało się m.in. obnażaniem się, konwulsjami czy obscenicznym zachowaniami. Za winnego uznano oskarżonego o czarnoksięstwo księdza Urbaina Grandiera, autora książki krytykującej celibat w kościele katolickim.
Natalia Sajewicz
Czy osadzenie akcji na Smoleńszczyźnie z polskimi bohaterami: opętaną przełożoną zakonu i egzorcystą księdzem Józefem Surynem, ludźmi cierpiącymi z powodu narzuconemu im, a niezgodnemu z naturą celibatu, nawiązywało do przyczyn choroby żony pisarza, która w latach 30. trafiła do szpitala psychiatrycznego w podkrakowskich Batowicach? Pisarz stanowczo temu zaprzeczał.
Po każdym konflikcie zbrojnym następuje szał radości. Mimo biedy, wolność wyzwala impet, chęć odbudowy z ruin materialnych i odnowę ducha.
Tak też było po I wojnie światowej. Szczególnie w Polsce, która po 123 latach niewoli odzyskała niepodległość. Mimo wielkich strat w ludziach, przemyśle i rolnictwie, swoje wielkie święto ogłosili młodzi literaci, zwłaszcza wywodzący się z Uniwersytetu Warszawskiego, publikujący na łamach miesięcznika „Pro Arte et Studio”. Ich zdaniem literatura miała służyć nie krzewieniu patriotyzmu i wychowaniu młodzieży, ale urodzie i artyzmowi, temu, co sam autor uznał za piękne. Jan Lechoń jeden z członków redakcji „Pro Arte et Studio” w wierszu „Herostrates” napisał z młodzieńczą bezczelnością:
„[…] Jeżeli gdzieś na Starym pokaże się Mieście
I utkwi w was Kiliński swe oczy zielone,
Zabijcie go! – A trupa zawleczcie na stronę
I tylko wieść mi o tym radosną przynieście.
Ja nie chcę nic innego, niech jeno mi płacze
Jesiennych wiatrów gędźba w półnagich badylach;
A latem niech się słońce przegląda w motylach,
A wiosną – niechaj wiosnę, nie Polskę zobaczę”.
Po obrazoburczej, pornograficznej „Wiośnie” Juliana Tuwima z 1918 roku tekst Lechonia wywołał kolejny skandal, ale był zapowiedzią poezji wolnej od hurrapatriotyzmu i dydaktyzmu.
Wkrótce z „Pro Arte et Studio” wyłoniła się grupa Skamander, którą utworzyło pięciu poetów. Byli to: warszawianin Leszek Serafinowicz piszący pod pseudonimem Jan Lechoń, uwielbiany przez wszystkich poeta – łodzianin Julian Tuwim, plastyk Antoni Słonimski, którego lwi pazur znać w persyflażowych, bardzo złośliwych recenzjach teatralnych oraz dwóch pisarzy wywodzących się z ziem dzisiejszej Ukrainy: pochodzący ze zubożałego ziemiaństwa Jarosław Iwaszkiewicz oraz Kazimierz Wierzyński (Wirstlein) z Drohobycza. Rej wśród poetów wodził Mieczysław Grydzewski (Grycendler), który poprowadził miesięcznik „Skamander”, a od 1924 roku opiniotwórczy tygodnik „Wiadomości Literackie”. Z czasem do ścisłego grona Skamandrytów dołączyli inni parający się piórem: m.in. Maria Pawlikowska Jasnorzewska czy Wilam Horzyca.
Z tych pięciu literatów tworzących rdzeń Skamandra najdłużej żył Jarosław Iwaszkiewicz. On także pozostawił po sobie największą spuściznę – utwory poetyckie, literackie i dramatyczne oraz potomków dbających o podtrzymanie jego popularności. Podjął także decyzję o przekazaniu rodowego gniazda żony – dworu Stawisko – państwu i przekształceniu go w muzeum. I trzeba przyznać, że była to ze wszech miar słuszna decyzja. Spuścizna Iwaszkiewiczów nie podzieliła losu upadającej latami krakowskiej Kossakówki.

Czy debiutujący w 1919 r. „Oktostychami” Iwaszkiewicz wygrał los na loterii i był szczęściarzem? Czy sukces literacki i materialny osiągnął pracowitością, talentem, ale i sprytem? Cokolwiek chcieliby powiedzieć jego adwersarze, do końca życia w 1980 był ważną postacią polskiego życia kulturalnego. Wiele z jego powieści zyskało nieśmiertelność dzięki utrwaleniu ich na taśmie filmowej.
Kiedy po I wojnie zjawił się w Warszawie, był biedny jak przysłowiowa mysz kościelna. Wychowywany przez wcześnie owdowiałą matkę już jako gimnazjalista dorabiał do rodzinnego budżetu korepetycjami, ucząc dzieci z bogatych ziemiańskich domów.
Był cierpliwy, inteligentny i oczytany. Studiował prawo na Uniwersytecie Kijowskim. W stosunku do innych – szarmancki, między innymi dzięki wyniesionemu z domu dobremu wychowaniu i obcowaniu z mieszkańcami dworów. Z pewnością ogłady i wiedzy muzycznej dostarczyła mu również przyjaźń z kuzynem – znanym kompozytorem Karolem Szymanowskim.
Z najwcześniejszych fotografii Jarosława przechowywanych w Stawisku, domu wybudowanym przez teścia poety Stanisława Wilhelma Lilpopa, nazwanym na cześć ukraińskiego pełnego uroku Stawiszcza, wyłania się postać chłopca o dziewczęcym uśmiechu i wdzięku. W wydanej w latach 50. autobiografii pt. „Książka moich wspomnień” pada wiele słów na temat przyjaźni z kolegami oraz fascynacji męskim intelektem i urodą:”Kostia Masiliew był moim młodszym kolegą w kijowskim gimnazjum. Był to prześliczny chłopiec o wiele ode mnie młodszy […] Pociągała mnie jego piękna twarz, nieprawdopodobny wdzięk, uśmiech wiosenny. Z łatwością przyjął moje uczucie, był zażenowany, ale wdzięczny”. Niby nic nadzwyczajnego. Ot, wrażliwy poeta opisuje swoje dzieciństwo i młodość. Niemniej próżno szukać we wspomnieniach opowieści o dziewczętach, w których by się kochał. Wśród memuarów znajduje się fotografia ukazująca go w tańcu z panną. Jest też komentarz do zdjęcia, że tańczyć nie umiał i nie lubił. Uwagę czytelnika wspomnień przykuwa reminiscencja obrazu urodziwego Ukraińca obsługującego gdzieś gości w pysznym stroju ludowym.
Pogłos pierwszego zauroczenia odzywa się najpierw w „Słocie” z 1922 roku – utworze napisanym do „Ogrodów w deszczu” Claude’a Debussy’ego, w którym pod wpływem dźwięków imitujących krople deszczu pojawia się retrospekcja kozaka z wiersza miłosnego „L’amour cosaque”:
„Kazałem siodłać konie i w ciszy wieczora
Pomiędzy okna kolumn patrzę hen, na szosę,
Gdzie się w chłodnym powiewie pochyliły kłosy,
jak gdyby je musnęła nowej wiosny hora.
Pojedziesz dzisiaj ze mną. W kozackiej czerwieni
Stoisz u białych stopni wysmukły. Jak pięknie.
Zaraz zejdę po schodach. Czy rumak się zlęknie,
Gdy spojrzymy na siebie w polu zadziwieni?
Prychają już za domem prowadzone konie,
Zniecierpliwiona pragnę pędu — stepu — ciebie,
Chcę wszystko ci powiedzieć, kiedy tak stoimy. […]”
Niech nas nie zmyli końcówka rodzaju żeńskiego w wyrazie ‘zniecierpliwiona’. To rodzaj maski, w którą przyobleka się poeta zakochany w wysmukłym chłopcu z Ukrainy. Później nie będzie używał zasłon. Także w życiu.
Jarosław i pozostali Skamandryci zaczynają swoją karierę od kawiarni „Pod Pikadorem” (ul. Nowy Świat 54), w której czytają swoje liryki. Lechoń sypie pomysłami. Wymyśla nazwę grupy poetyckiej i kawiarni. Podczas pierwszego występu pojawia się żartobliwy „Regulamin i Cennik Pikadora”: dorośli mogą słuchać wierszy, uiszczając 5 marek, młodzież szkolna 10 marek, a dzieci do lat czterech – 35 marek. Rozmowę z poetą (3 do 5 minut z prawem podania ręki) wyceniono na 50 marek; na objaśnienia, co autor miał na myśli, trzeba puścić 75 marek, a za rękopis wiersza z dedykacją 500 marek). Kandydatki posiadające ponad 75 tys. marek posagu mogły raz w tygodniu składać poetom propozycje matrymonialne. Ten punkt regulaminu, ku wielkiemu rozczarowaniu wielu zamożnych warszawskich panien, nie dotyczył poety Juliana Tuwima. On po siedmiu latach niepewności i podróży do Tomaszowa, żeni się z pochodzącą z kupieckiej, bogatej rodziny Stefanią Marchew. W weselu, które odbyło się w mordowni przy ul. Siennej, biorą udział Skamandryci, a więc także Jarosław. Pannę młodą przyćmiewa obecność Leopolda Staffa. Autorytet Skamandrytów.
Czy właśnie wtedy przyszło zarabiającemu marne grosze Jarosławowi do głowy, że najlepszym sposobem, by stanąć mocno na nogach, będzie ożenek z bogatą panną? Mimo orientacji, z której świetnie zdaje sobie sprawę. Na przekór preferencjom, które wykluczają pełnię małżeńskiego pożycia? Czy może chwilę później, gdy pojmie, że jest „całkowicie wyprany z humoru”, którym zgrabnie posługują się Tuwim, Lechoń i Słonimski, otwierając sobie drogę do powstających jak grzyby po deszczu scen kabaretowych i dużych pieniędzy. Tylko Lechoń się nie żeni, a Słonimski kocha się beznadziejnie w zamężnej Marii Morskiej (Annie Frenkiel) recytatorce utworów piątki poetów.
Okazuje się, że jest w Warszawie panna spełniająca kryteria. Córeczka bogatego tatusia – Anna Lilpop. Wprawdzie jest zajęta, bo zaręczona z poznanym w Moskwie księciem Krzysztofem Radziwiłłem, ale prezentująca wachlarz mile widzianych u kobiety cech. Jest urodziwa, szczupła, po chłopięcemu zgrabna, przez co sprawia wrażenie osoby młodszej niż jest w istocie, rezolutna, oczytana, znająca języki, zafascynowana poezją Skamandrytów, muzyką Skriabina, i co ważne, grająca na fortepianie.
I właśnie Anna, która przez rodzinę Radziwiłłów uważana jest za niestosowną partię, wchodząc do towarzystwa warszawskich poetów, zrywa zaręczyny z księciem i, jak chce legenda i biografowie, zagina parol na wysokiego (190 cm wzrostu!), przystojnego Iwaszkiewicza. Anna, żywo interesująca się literaturą (sama ukończyła moskiewską Wszechnicę Polską) i zaprzyjaźniona z młodym muzykiem Romanem Jasieńskim, prosi go pewnego wieczoru o przedstawienie jej właśnie Iwaszkiewiczowi. „Ależ to drobiazg pani Haniu! – mówi Jasieński – Mogę zaraz do niego zadzwonić i poprosić, żeby przyszedł się pani przedstawić”. I zadzwonił, zapraszając Jarosława do domu Anny. Do spotkania dochodzi 1 lutego 1922 roku. Uroda Anny, jej popielatoblond włosy i ogromne czarne oczy robią na przybyszu z Ukrainy dobre wrażenie. Anna po tym pierwszym spotkaniu już czuje się muzą poety. Po kolejnych, na których Iwaszkiewicz popisuje się dobrą grą na fortepianie, młodą kobietę zalewa fala zauroczenia. Jednak na przeszkodzie ewentualnemu związkowi posażnej jedynaczki z ubogim poetą staje jej ojciec. Wprawdzie nie wie, że kandydat na zięcia ma homoseksualne skłonności, ale zastanawia się, w jaki sposób zarobi na życie. I pyta go z przekąsem: „I tak piórkiem, piórkiem będziesz zarabiał?”.
Anna jest pełna wątpliwości co do uczuć, jakie w stosunku do niej żywi Jarosław. Czy dlatego, że odczuwa lekkie jego wahanie, brak pożądania, którego nie dostrzega w gestach i spojrzeniu? Może myli miłość z zachwytem nad jej urodą, subtelną adoracją, jaką się ma do dzieła sztuki? A może podświadomie powtarza relację znaną z dzieciństwa, kiedy zostaje opuszczona i odtrącona przez matkę zakochaną w pianiście Józefie Śliwińskim?
W 1932 roku Anna notuje w „Dzienniku”.
„Wielkanoc przypadała 16 kwietnia, czwartek, piątek na grobach, gdzie klękałam, z rozpaczliwą modlitwą o natchnienie boskie, o pomoc. Szalony spacer samochodem ze Stasiem do Wilanowa. Chciałam oszołomić się powietrzem, oprzytomnieć, dojść do prawdy w sobie; ciągle rozpaczliwe pytanie, „a jeśli Jarosław mnie nie kocha? Po co marnować sobie życie!”.
Rodzina Anny doradza jej wyjazd w celu ostudzenia uczuć. Zgodnie z wolą ojca i ciotki spędza więc dwa miesiące u kuzynki, ale po powrocie okazuje się, że uczucie do Jarosława nie wygasło. Para bierze ślub 12 września 1922 roku w podwarszawskim Brwinowie. Pełen obaw o los córki ojciec czuwa i każe młodym podpisać intercyzę.
Po ślubie sytuacja materialna Jarosława poprawia się diametralnie. W 1923 roku rozpoczyna pracę w Sejmie w charakterze sekretarza marszałka Macieja Rataja. Trochę go praca biurowa męczy, ale dzięki niej poznaje wielu ciekawych ludzi, których uwiecznia na łamach „Książki moich wspomnień”. Pracę w Sejmie kończy w 1925 roku. Mimo poślubnej wstrzemięźliwości, sporadycznego współżycia, Anna zachodzi w ciążę i dwa lata po ślubie rodzi córkę Marysię. Anna jest towarzyska. Bywa, zaprasza. Wokół niej jest zawsze pełno ludzi. Najbardziej ceni sobie przyjaźń z Antonim Słonimskim, któremu się podoba, który prawi komplementy, którego wiersze ceni najbardziej. Na fotografiach stoi blisko Słonimskiego i spogląda na niego z uśmiechem.
Po sześcioletnim pobycie w modrzewiowej willi „Aida” pełniącej niegdyś funkcję domku myśliwskiego Anna i Jarosław przeprowadzają się z dwiema córkami do własnego domu, który buduje dla małżonków w Podkowie Leśnej Stanisław Lilpop. Zamieszkują wspólnie z nim i jego siostrą Anną Pilavitzową.
Cztery lata po ślubie pojawiają się pierwsze sygnały świadczące o złym samopoczuciu Anny. Dwudziestoparoletnia kobieta niedosypia, budzi się w nocy, walczy z bezsennością. Dla otoczenia i samej Anny zły nastrój, który dziś nazwać by można depresją, w latach młodości Anny zwalcza się silną wolą [!] I ona, osoba głęboko wierząca i praktykująca, znajduje remedium na targające ją złe emocje. Słucha nauk cytowanego podczas mszy listu św. Pawła do Galatów:
16. Oto, czego uczę: postępujcie według ducha, a nie spełnicie pożądania ciała. 17 Ciało bowiem do czego innego dąży niż duch, a duch do czego innego niż ciało, i stąd nie ma między nimi zgody, tak że nie czynicie tego, co chcecie.
Anna więc stara się postępować według ducha. Wołanie ciała o rozładowanie emocji próbuje zagłuszyć modlitwą. Ale ta nie przynosi spodziewanych rezultatów.
Zdaniem prawnuczki obojga, Ludwiki Włodek, autorki książki biograficznej pt. „Pra.” temat erotyki małżeństwa jej pradziadków nie był szeroko omawiany na forum rodziny, ale słyszała, że esencją ich związku było porozumienie duchowe i intelektualne.
Jednak Annie kwiaty, biżuteria czy rozmowy o literaturze przestają wystarczać. Niemal cały czas musi żyć w celibacie, choć jest wyposażona w pociąg seksualny i mniej lub bardziej świadomie zaczyna poskramiać tzw. nieczyste myśli, toczyć bitwę ze sobą. Próbuje wypierać, zaprzeczać, racjonalizować, ale konflikt, jaki rodzi się między jej popędem płciowym a niemożnością jego rozładowania, działa na psychikę destrukcyjnie. Stłumiony będzie się żarzył, wypalał ją od środka. Stanie się jątrzącą raną.
Rok 1930 przynosi niespodziewaną śmierć ukochanego ojca Anny, który popełnia samobójstwo. Ale do wybuchu skumulowanych emocji Anny dochodzi później.
Dzięki wyrobionym koneksjom, pracy w Sejmie i dyplomacji w 1932 roku Jarosław Iwaszkiewicz otrzymuje posadę sekretarza attaché kulturalnego w Danii.
I wywiązuje się z zadania wyśmienicie, czerpiąc z życia pełnymi garściami. Urządza mieszkanie, podejmuje gości wykwintnymi potrawami, pracuje: pisze i tłumaczy Andersena. Anna czy to z powodu pogody, czy z przyczyn, o których Jarosław wolał nie mówić, w Kopenhadze czuje się źle.
Trochę podróżuje, przyjeżdża do Stawiska. I kiedy Jarosław obejmuje posadę w poselstwie w Brukseli, zapada na zdrowiu tak poważnie, że z obawy przed popełnieniem samobójstwa zostaje przez rodzinę ojca ubezwłasnowolniona i trafia do szpitala w podkrakowskich Batowicach. Koniec kariery dyplomatycznej Jarosława przypada na czas choroby Anny. Pisarz wraca do kraju i zaczyna pielęgnować żonę, próbując z dobrym skutkiem ratować zadłużone przez zarządcę majątku Lenczewskiego Stawisko.
Anna wraca do życia. Kiedy sześćdziesięcioletni Jarosław przeżyje historię miłosną z chorym na gruźlicę Jerzym Błeszyńskim, uda się na pielgrzymkę do Częstochowy, ponoć w intencji wyzdrowienia kochanka męża. I po latach ponownie przeżyje załamanie nerwowe.
Małżeństwo Iwaszkiewiczów okupację hitlerowską spędziło w Stawisku, udzielając wsparcia wielu ukrywającym się osobom. Oboje zostali uhonorowani medalem „Sprawiedliwy wśród narodów świata”. Po wojnie Jarosław ułożył dobre relacje z nową władzą. Piastował stanowisko prezesa Związku Literatów, pomógł wielu młodym pisarzom w ich karierze m.in. Edwardowi Stachurze czy Markowi Hłasce, był też posłem na Sejm PRL W chwilach dla Polski istotnych, w których mógłby zabrać głos, pakował walizki i wyjeżdżał do Włoch. W 1956 roku na łamach swojego „Dziennika” bronił się ze wszystkich sił:
„To, co mówił Borejsza, że Hania zachorowała, dowiedziawszy się, że jestem pederastą -właściwie mówiąc, jest śmieszne. Nawet, gdybym chciał to ukryć, to w owych czasach – przy gadatliwości Lechonia, przy zupełnej szczerości Karola ( Szymanowskiego) – nie dałoby się to ukryć. Mówili tak ludzie, którzy nie tylko nie znali mnie i mojej żony, ale którzy nie orientowali się w samym kolorycie epoki.(C’est tellement démode -mówi Hania dzisiaj o pederastii)”
Przytoczone we wspomnieniu słowa żony świadczą o niezrozumieniu istoty homoseksualizmu jako orientacji wrodzonej, nie zaś nabytej czy modnej,
Hania domyślała się stopniowo, z kim związała się na dobre i na złe. Może sądziła, jak wiele współczesnych kobiet w podobnej sytuacji, że uda się go zmienić, wyleczyć, bo osobiście była przeciwna takim związkom:
Z Dziennika Anny:
Ten flircik Karola (Szymanowskiego) z Irenką trwał jeszcze jesienią. Karol głupio zrobił, że z tej okazji nie skorzystał; mógł rozdmuchać sentymencik Ireny, który może byłby rozwinął się w prawdziwe uczucie. Miałby to, czego właściwie koniecznie mu potrzeba: istoty kochającej, dbającej o jego zdrowie, pilnującej go, żeby tyle nie pił, zapewniającej mu byt, a nawet zbytkowne życie , a przy tym pięknej, niesłychanie reprezentacyjnej[…] Tak mówię, ale z drugiej strony wiem dobrze, znając Karola i rozmawiając z nim o tych rzeczach, że nie mógłby znieść takiego związania. Zresztą osobiście nie uznaję takich małżeństw, gdzie jedna strona jest na całej linii oszukiwana.
Anna i Jarosław Iwaszkiewiczowie przeżyli ze sobą 57 lat.
Sonia Langowska